Lada moment czekają nas poważne zmiany w kwestii prowadzenia biznesu w Polsce. Co w praktyce oznacza wzrost ZUSu i płacy minimalnej?

Przedstawię prostą prognozę.
Jest 2023. Zakładając brak jakichkolwiek zmian w stosunku do teraz, poza tymi zapowiedzianymi przez PiS (czyli nie ma kryzysu gospodarczego, który musi nadejść, bo tak działa ekonomia, bo hossie jest bessa itd.)
Płaca minimalna 4000 zł na rękę, czyli około 6,8k zł kosztów pracodawcy.
ZUS koło 2k zł (za rok ma być 10% wzrostu, a co roku trochę rośnie, więc 2k jest możliwe)
Masz foodtracka z jednym kucharzem + sobą, nie płacisz za wynajem lokalu i powiedzmy, że cudem nie ma inflacji (która już jest) nic nie podrożało. W tej chwili płacisz 1300 ZUSu i powiedzmy 1630 na rękę (to jakieś 2700 kosztów). Czyli Twoje koszty to 4k + produkty w 2019. W 2023 to ok. 9k + produkty.
Po ile musisz sprzedawać burgery, żeby się utrzymać? Chyba, że oczywiście, zwolnisz pracownika. Albo zatrudnisz go na czarno.
 
Powiedzmy, że teraz masz 9k kosztów (5k na produkty itd., w tym amortyzacja sprzętów, samochodu), sprzedajesz burgery (z frytkami) po 30 zł, czyli potrzebujesz sprzedać 300 w miesiącu, to jest 10 dziennie. Da się jakoś ogarnąć.
W 2023 masz 14k kosztów (nadal magicznie wierzymy, że nic nie drożeje, nie ma inflacji i gospodarka ma się świetnie – czyli zakładamy niemożliwe). Sprzedając po 30 zł musisz ich sprzedać 470, czyli już 16 dziennie (codziennie – 50% więcej sprzedaży!). Albo po 46 zł, żeby sprzedawać 10 dziennie. Ale to już ponad 50% wzrost ceny! Realistycznie pewnie wszystko podrożeje – prąd od nowego roku, inflacja wynosi kilka procent…
Z ciekawostek, zajrzałam jak się zmieniła cena kajzerek:
4 lata temu średni koszt był niższy (zaznaczyłam najwyższą wartość 2015 roku) – ale powiedzmy, że zbliżony (chociaż rośnie cena minimalna, co jest ważne). Gorzej jest już z ziemniakami (na nasze frytki). Tutaj cena zmieniła się diametralnie i widać tendencje wzrostową – ze średniej ok. 1 zł do średniej 2,5.
Widać, więc, że nasze koszty dodatkowe nie mogłyby zostać na tym samym poziomie. I o ile podnoszenie cen jest jak najbardziej normalną rzeczą (a w ciągu 4 lat tych wzrostów się kumuluje trochę), to jednak wzrost kosztów małych przedsiębiorstw czy tych zatrudniających prostych pracowników na pensji minimalnej, to niestety problem dla nas wszystkich. Ogrodnicy, fryzjerzy, robotnicy budowlani, niewykwalifikowani pracownicy i wiele innych branż to bardzo często pracownicy zarabiający pensję minimalną.

Ale co za problem, przecież wszyscy zarobią!

Zarabiałam 1700 teraz, będę zarabiać 4000 – więc skoro więcej zarobię, to więcej wydam! – pewnie myślą sobie niektórzy. Problem polega na tym, że zmienia się też nasza siła nabywcza. W 2015 było to 1750 zł. Zakładając kilo ziemniaków po 1 zł, mogliśmy kupić ich… 1750 kg. W 2023 roku, zakładając, że ziemniaki nie podrożeją i będą kosztowały 2,5 zł, a my będziemy zarabiać 4000 zł kupimy ich… 1600 kg! Krótko mówiąc – będziemy zarabiać więcej, ale mniej za to kupimy. I to przy, znowu, bardzo optymistycznym założeniu, że ceny za 4 lata się nie zmienią w stosunku do tych dziś.Upraszczam rachunki, ale sami rozumiecie.

Czy to znaczy, że płaca minimalna nie powinna rosnąć?

Oczywiście, że nie! Jak widać – 4 lata temu płaca minimalna była wyższa niż jest teraz (ok 1630 vs 1750), a przypomnijmy, ceny były wtedy niższe. To nie jest kwestia tego, że płaca minimalna czy ZUS nie powinny rosnąć – taka już kolej rzeczy w ekonomii, że wszystko troszkę drożeje (jak jest inflacja) i składki i płace powinny rosnąć (znów, upraszczając), ale kluczowym elementem nie jest to CZY powinny rosnąć, ale O ILE. Przeskok z 1600 na 4000, czy ZUSu z 1300 na 1800-2000 to ogromne skoki w wydatkach dla przedsiębiorców.

I co z tego? Stać ich, niech płacą! (potencjalne skutki)

Przedsiębiorcy nie będą płacić z własnej kieszeni, bo firma ma za zadanie zarabiać na właściciela (i również pracowników). Wzrost kosztów oznacza… wzrost cen. Wzrost cen oznacza mniejszą siłę nabywczą (patrz wyżej przykład ziemniaków, czyli generalnie będzie rosła inflacja; generalnie zawsze rośnie, ale bardziej lub mniej; tu bardziej). Lub, jeśli nie będą rosły ceny, będą zwalniani ludzie. Zastępowani maszynami, jak np. roboty obsługujące magazyny. Mniej stanowisk pracy, powiedzmy sobie szczerze – mało wykwalifikowanych, a więc łatwo zastępowalnych pracowników – oznacza, że będą zatrudniani ludzie na czarno, za mniej niż 4000 zł. Lub będą łączone stanowiska. Np. jeśli w tej chwili w sklepie są 3 ekspedientki, to pracodawca, powiedzmy, ma ok. 9000 zł (2,7k x 3) kosztów pracowniczych. Po wzroście będzie miał ok. 20 tysięcy (6,8k x 3)! Zwolni przynajmniej jedną, a pozostałe będą musiały pracować nadgodziny. Niekoniecznie płatne (nawet, jeśli to nielegalne). Dlaczego? Bo na ich miejsce będzie czekało kilka innych osób – wzrośnie bezrobocie wśród osób pracujących za pensję minimalną. Przedsiębiorcy to nie są organizacje charytatywne, żeby płacić 33 zł za godzinę komuś, kto nie ma szans „zarobić” (w ten czy inny sposób) tych pieniędzy dla firmy.

To nie musi oznaczać, że w ogóle wzrośnie bezrobocie. Pomijając kwestię rejestrowania się jako bezrobotny, to część osób zamiast umowy o pracę zatrudni się jako firma (jednoosobowa działalność gospodarcza). 2 lata niskiego ZUSu (w rejonach 500 zł? teraz jest ponad 350 zł), kosztem braku urlopów, niższej emerytury itd. Albo na czarno, czyli rozwinie się szara strefa.

Szara strefa to ta przestrzeń, gdzie zarabiasz 100 zł i dostajesz 100 zł, bo nie płacisz od tego podatku, bo.. nikt nie wie, że zarabiasz. Czyli „okradasz” siebie z tych ~20% podatku dochodowego, które państwo przeznacza (teoretycznie) na: drogi, szkoły, szpitale, 500+, wojsko i pensje dla posłów. Można się nie zgadzać z tymi wydatkami, ale na tym polega budżet państwa. Pomijam, że brak odprowadzanego ZUSu oznacza brak emerytury, ubezpieczenia zdrowotnego itp.

Inną opcją jest też to, że nasz foodtrack po prostu upadnie, bo nie da rady sprzedawać tyle. Czyli będą upadać małe firmy.

Jeszcze inną będzie to, że zostanie wykupiony przez sieć foodtracków, które mając dużo takich, jest w stanie inaczej operować cenami (np. negocjując z hurtowniami, czy reklamując się) – będzie konsolidacja dużych graczy i będzie to zmierzało w stronę monopolu.

Jeśli ceny będą rosły, ludzie będą zwalniani, będę mogła mniej kupić za pieniądze, które mam to… pewnie będę mniej wydawać. Mniej chętnie będę zakładać firmę (jeśli nie muszę). Nie będę rozwijać firmy, którą mam (a już na pewno zatrudniać nowych pracowników). Żadna z tych rzeczy nie służy gospodarce.

Już teraz coraz więcej osób mających firmy pyta o możliwość… przeniesienia firmy za granicę. Krótko mówiąc będą firmy, które będą płaciły np. ZUS w wysokości 400 czy 500 zł w Czechach (czy innym kraju), a zarabiały w Polsce. Oczywiście, zasadniczo polskie prawo nakazuje, żeby firma była zlokalizowana tam, gdzie funkcjonuje (czyli jeśli siedziba jest w Polsce i klienci itd. to powinna firma być zarejestrowana w Polsce…) ale wiadomo jak jest.

Oczywiście – co się faktycznie wydarzy – tego nie wie nikt. To znaczy my. Za 4 lata. Chyba, że PiS przegra wybory w 2019. Ale na to się nie zanosi.